Howerla - na najwyższym szczycie Ukrainy

czwartek, sierpnia 31, 2017


"Trudne do przejścia" - tak z rumuńskiego tłumaczy się nazwę Howerli, najwyższego szczytu (2061 m n.p.m.) Ukrainy, znajdującego się w paśmie Czarnohory - własnie niedaleko Rumunii. Patrząc jednak po ilości i przygotowaniu turystów zamierzających zdobyć tą górę w piękny, sierpniowy dzień dochodzimy do wniosku, że trudno to tam być nie może.



Na Howerlę prowadzi kilka szlaków, ale najkrótsze - i chyba najpopularniejsze - jest podejście spod turbazy Zaroślak. Turbaza - czyli skrót od turystycznej bazy - to taki relikt poprzedniej epoki, oficjalnie miejsce dla zgrupowań sportowych, ośrodek dla olimpijczyków. Podobno czasami udaje się w niej przenocować zwykłym turystom - nie sprawdzaliśmy. 

Wyruszamy tam z Jaremczy, kurortu aspirującego jeszcze w okresie międzywojennym, gdy te tereny należały do Polski, do miana "Perły Karpat". Jedziemy samochodem, wcześniej sporo się naczytaliśmy o stanie dróg na Ukrainie, ale przynajmniej do skrętu za Worochotą, jesteśmy miło rozczarowani. Za tym skrętem jedziemy drogą przez las i na niej zdarzają się już takie wyrwy, że omijamy je jadąc slalomem, raz lewym, raz prawym pasem. 




Jest jeszcze dość wcześnie, dlatego gdy dojeżdżamy do małej osady Zawojela, przez chwilę zastanawiamy się, gdzie jest parking, który miał tutaj być :) Decydujemy się zaparkować na wprost jakiegoś hotelu, bezpośrednio przy drodze - i to właśnie był ten parking, bo niedługo po tym pojawiły się za naszym kolejne auta. 




Po uiszczeniu stosownej opłaty można wjechać dalej, bezpośrednio pod Zaroślak, ale my już na trasie przez las postanowiliśmy szukać alternatywnego transportu. Na razie udajemy się do budki przy szlabanie, by kupić bilety wstępu. Zdążyła się już ustawić kolejka, bo w międzyczasie nadjechało kilka busików z pobliskiej Worochty. Czekamy, by pojedynczo wejść za drzwi, które z powodzeniem mogłyby znaleźć się przy chacie w jakimś skansenie. Gdy nadchodzi nasza kolej i możemy wejść do środka, miła Pani siedząca przy biuru na samym końcu pokoju spisuje nasze nazwiska i kasuje od nas kilka hrywien. Po wyjściu udaje nam się zabrać z jednym z busików pod wspomnianą turbazę. Zaoszczędza nam to dobrych kilka kilometrów marszu zakurzoną i dziurawą drogą.


Turbaza Zaroślak i postój busików
Na miejscu na początek trochę dezorientują nas stragany ze słodyczami, kawą na wynos i chińskimi zabawkami. Na widok świeżych drożdżówek szybko odzyskujemy równowagę, oczywiście dokonujemy aprowizacji i nie oglądając się na duży, trochę przygnębiający budynek turbazy, ruszamy za większością tłumu, który już szturmuje drogę przez las. Ba, nawet całkiem szybko wysuwamy się na prowadzenie.


Po drodze napotykamy biwak w lesie
Po dość forsownym podejściu dostrzegamy znak na drzewie - i niestety nie jest to bynajmniej szlak zielony, ten bardziej widokowy, przez Małą Howerlę, którym zamierzaliśmy iść. Sprawdzamy mapę i robi nam się żal już zdobytej wysokości, zostajemy zatem na szlaku niebieskim - to najkrótsza droga na szczyt. 




Po wyjściu z lasu wita nas piękny widok Howerli. Jest bardzo zielono, mimo ostrego, sierpniowego słońca, trawa dalej wygląda świeżo. Jeszcze trochę do góry i decydujemy się na dłuższy postój, by po prostu wyłożyć się na tej trawie, zaraz obok borówek. 




Mija nas sporo ludzi w różnym wieku. Idą całe rodziny z małymi dziećmi, kolonie dla młodzieży, starsi państwo, turyści wyglądający na obcokrajowców, dziewczyna w klapkach i młodzi mężczyźni zupełnie bez niczego = bez niczego, co mogłoby przypominać plecak lub inną torbę chociażby na wodę. Tak, Howerla to bardzo popularny cel wycieczek i nie powinno nas to w sezonie dziwić. 




Dalej w górę po lewej mijamy wodospad. Co jakiś czas przystajemy, by oglądać się za siebie - pogoda nam dopisała i jest na co popatrzeć. 

Oznakowanie szlaku nie jest zbyt dobre, ale latem szansa na zgubienie się jest naprawdę niewielka - ścieżka jest dobrze widoczna, mimo często odchodzących dróżek pobocznych. 






Szczyt to szeroka, kamienista kopuła, mieszcząca kilka obelisków i dwa krzyże. Powiewają żółto-niebieskie flagi ukraińskie w dużych ilościach. Jest nawet mini-stragan, gdzie można zakupić gorące napoje, chałwę czy ... medal za zdobycie najwyższego szczytu Ukrainy, odpowiednio w wersji dla kobiet, jak i mężczyzn. Nad tym wszystkim unoszą się drony i filmują okolicę. Panuje radosna atmosfera piknikowa, która udziela się również nam. Kupujemy ten medal, robimy zdjęcia, rozglądamy się dookoła, wypijamy herbatę i przypominamy sobie o drożdżówkach, robimy więcej zdjęć, pomagamy robić zdjęcia wszystkim, którzy nas o to proszą. 

Ze szczytu roztaczają się wspaniałe widoki na południe na główny grzbiet Czarnohory z Popem Iwanem na końcu, oraz na Góry Marmaroskie na granicy z Rumunią. W oddali chyba majaczą Alpy Rodniańskie, ale przejrzystość powietrza nie pozwala się upewnić. Na zachodzie widać Pietrosa i dalej, za doliną Czarnej Cisy, góry Świdowiec. Na północy widoczne są Gorgany, ale niemal zlewają się z niebem.







Postanawiamy wracać do Zaroślaka robiąc małą pętelkę. Schodzimy żółtym szlakiem w kierunku jeziorka Niesamowitego. Po drodze mijamy pozostałości polskich słupów granicznych, jeszcze z okresu międzywojnia. 





Mniej więcej w połowie odbijamy na małą ścieżkę, która prowadzi przez kosodrzewinę (wymieszaną 50/50 z jałowcem). Na pewno będzie krócej, ale już wiem, by w przyszłości na hasło "ścieżka przez kosodrzewinę" gwałtownie protestować, jeśli akurat będę mieć na sobie krótkie spodnie - damskie nogi jednak są tutaj narażone bardziej.


Mijamy stację meteorologiczną/eksperymentalną. Jest bardzo zadbana, otoczona wypielęgnowanymi grządkami pełnymi kwiatów. Sporo z nich wygląda na założone doświadczenia - mają tabliczki z opisami. Sam budynek obłożony jest drewnem. Podobne widzieliśmy w mijanych wsiach w tej okolicy.




Po drodze zastanawiamy się, czy łatwo będzie znaleźć podwózkę pod parking, gdzie zostało nasze auto. Otóż było łatwo, gdy tylko weszliśmy na teren pod turbazą zaczepił nas jeden z kierowców, oferując przejazd nawet do Worochty. Chwilę jeszcze pomarudziliśmy na placu, ale tak, to właśnie była nasza najlepsza opcja - inne busy, wcześniej zarezerwowane, czekały dopiero na swoją klientelę, aż zejdzie z gór. 

Howerla, mimo tłumów i upalnego słońca, zachwyciła nas pięknymi widokami - warto! 



Zobacz także

11 komentarze

  1. Gratuluje udanej wycieczki! Wybieramy się z przyjaciółmi w te okolice końcem września. Byłbym bardzo wdzięczny za kilka wskazówek. Ile zajmuje przejście z Howerli do Niesamowitego Jeziorka i później żółtym szlakiem do Zaroślaka? Czy da się złapać busa do Worochty wieczorem? Pozdrawiam serdecznie, Grzesiek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Grzesiek, przejście łącznie z Howerli zajmuje 3-4 godziny. Można pominąć jeziorko i skrócić drogę przez tą ścieżkę w bok. Jeśli chodzi o busa, to my właśnie obawialiśmy się, że 17 to będzie późno, ale okazało się, że jeszcze sporo busów czekało na swoje grupy. Nie wiem w ile osób będziecie, ale weź pod uwagę, że trzeba będzie się rozdzielić i jechać na kilka busów (nam się udało dorwać 3 miejsca razem, ale to rzutem na taśmę ;-)) No i sierpień to sezon, wiadomo, że busów więcej. Najlepiej będzie zagadać w drodze pod Zaroślak - może Pan Busiarz poczeka, albo da namiary na kolegę, który będzie późno wracał :) powodzenia!

      Usuń
  2. Świetna relacja i zdjęcia. :) Z przyjemnością przeczytałam. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudne widoki, trochę przypominajace mi nasze Bieszczady. Przyznam się ze wstydem, że dawno juz nie wędrowałam po górach. Niedobrze, bo to takie przyjemne przecież :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że zaplanujesz wkrótce jakiś mały wypad w góry :) na pewno "będzie Pani zadowolona"!

      Usuń
  4. my też jechaliśmy w lecie na Howerlę... ale jak podjechaliśmy, to zaczęły się ulewy z gradem (następny dzień był całkiem słoneczny, ale jednak było jeszcze mokro) - ale muszę wrócić, chociażby po to, żeby zdobyć górę z Korony Europy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze lepiej iść w słońce niż w deszcz :) No i powodzenia w zdobywaniu Korony!

      Usuń
  5. No, no... ktoś tutaj zaszalał. Sam bym wędrował i biwakował. Czy poprzednie doświadczenia w górach nie utwierdziły Cię jeszcze w przekonaniu, że przez kosówkę nie ma sensu się przedzierać? Nowozelandczycy moją nawet na to specjalne określenie - bush bashing - i wszystko jasne. (-:,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, powinnam wiedzieć, ale wcześniejsze spotkania z kosodrzewiną były w trochę innych spodniach :)

      Usuń
  6. Przydało by się kilka słów o cenach (np ile kosztowało wejście, parking, albo taki medalik). Na Polskie będą to pewnie śmieszne ceny, jednak zawsze fajnie mieć taką informację w zanadrzu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, ceny są dla Polaków bardzo przystępne - np. wejście do parku to około 20 hrywien (mniej niż 3 zł), medal to 40 hrywien, a parking był bezpłatny :)

      Usuń

(*)

Zdjęcia na blogu są mojego autorstwa - przed skopiowaniem musisz zapytać o zgodę (+ ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Należę do

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl Top Blogi

Popularne posty