Im więcej podróżuję, tym bardziej szukam podobieństw między miejscami, które odwiedzam. Lubię porównywać między sobą bazary, kulinaria, zabytki, widoki czy miasta. Jednak jak na razie Ani – zrujnowane miasto w północno-wschodniej Turcji – jest dla mnie wyjątkowe w tej małej grze podobieństw - nie widziałam jeszcze nic, co mogłabym z nim porównać. Może to zasługa spektakularnego położenia na styku granicy turecko-armeńskiej, może tragicznej historii i bezrefleksyjnych zniszczeń dokonywanych przez kolejne pokolenia czy po prostu piękna tych ocalałych zabytków…
Kars rzadko sam w sobie jest celem wędrówki przez wschodnią Anatolię. Miasto z powieści "Śnieg" tureckiego noblisty, w którym krzyżowały się wpływy armeńskie, osmańskie i rosyjskie, dla zdecydowanej większości turystów jest punktem przesiadki. W szczególności: punktem wypadowym do Ani, średniowiecznej stolicy Armenii, kiedyś porównywanej z Konstantynopolem, a obecnie majestatycznych ruin w niespotykanej scenerii.
Dla nas Kars również nie był celem główny, co jednak nie przeszkodziło nam:
1) przemycić na śniadanie w eleganckiej hotelowej restauracji zakupionego na targu masła,
2) spędzić całe popołudnie na poszukiwaniu rosyjskich śladów w architekturze,
3) zachwycać się bezkresnym stepem z punktu widokowego na cytadeli,
4) dokonać zakupu za jeden uśmiech w sklepie z serami (albo za kilka minut bezskutecznego wertowania przewodnika w poszukiwaniu słówek dotyczących nabiału).


