Guinness razy dwa: dublińskie muzeum i irlandzki chleb na sodzie

wtorek, listopada 19, 2013

Jest takie powiedzenie, że nigdzie indziej na świecie Guinness nie smakuje tak dobrze, jak w jego ojczyźnie czyli w Dublinie. Wierzcie lub nie, ale zdecydowanie coś w tym jest. Może to wyjątkowy klimat irlandzkich pubów lub to, że tam szklanka piwa to trochę więcej niż u nas - wszak  pinta to 568 ml.  A jeśli już jesteśmy w Dublinie, to najlepiej wypić Guinnessa w słynnym "Gravity Bar" - mieści się na siódmym piętrze poświęconego browarowi muzeum i oferuje m.in. jedyną z najatrakcyjniejszych panoram stolicy Irlandii. Zanim jednak dotarłam na to siódme piętro, zdążyłam na  piętrze piątym: restauracyjnym, zebrać kilkanaście kartek z firmowymi przepisami z dodatkiem ciemnego piwa. Z jednej z nich pochodzi przepis na chleb na sodzie: ciemny, lekko wilgotny, dobrze komponujący się z serami - nie tylko z wyspiarskim Cheddarem!



Kojarzycie Księgę Rekordów Guinnessa? Jeden z rekordów to również muzeum: mieści się w nim  (lub muzeum w niej) największa na świecie odwzorowana szklana pinta. Jeśliby ją wypełnić,  pomieściła by 14.3 miliony pint piwa. Ale aby dotrzeć do tego szklanego atrium, trzeba zacząć tradycyjnie. Musimy się udać na to samo miejsce w Dublinie, gdzie przeszło 300 lat wcześniej Arthur Guinness rozpoczął swoją przygodę z warzeniem piwa: St James's Gate.


Wszystko zaczęło się od złożenia charakterystycznego podpisu pod dokumentem dzierżawy lokalizacji i budynków innego, nie używanego browaru, na, uwaga! 9000 lat! To się nazywa myślenie perspektywiczne w biznesie!


Muzeum łatwo odnaleźć - znaki nie pozwolą się zgubić. Charakterystyczne mogą być też dorożki - to chyba ich ulubione miejsce "czekania" na turystów (albo będą stać przed wejściem, albo właśnie skręcać w uliczkę..), niedaleko ma też swój przystanek  hop-on hop-off bus. Po zakupie biletów (kilka kas plus wejście tzw. pierwszeństwa dla osób, które np. zakupiły bilet przez stronę internetową: 10% taniej - przynajmniej w listopadzie 2013) zaczynamy od sklepu z pamiątkami. Niby każdy wie, że takie rzeczy odkłada się na koniec, ale nie sposób nie zatrzymać się koło szklanek z tukanami czy sprawdzić ile rodzajów jest czekolady z Guinnessem...


W międzyczasie następuje tzw. oficjalne powitanie (cyklicznie, co kilkanaście minut) i miła pani z obsługi zwraca naszą uwagę na najważniejsze punkty programu, szczególnie podkreślając część dotyczącą próbowania ;-)  Wszystkie eksponaty mają dokładne opisy w języku angielskim, a kilka innych języków (wtedy: bez polskiego) jest dostępnych w postaci przewodników audio.

Całość muzeum (choć najbardziej pasują mi słowa: atrakcja turystyczna)  podzielona jest na kilka części ulokowanych na piętrach. Na parterze - oprócz buszowania w sklepie z pamiątkami  -  rozpoczynamy poznawanie składników. Wszystkich czterech czyli: jęczmień, chmiel, drożdże i woda. Prezentacja tego ostatniego składnika w formie sadzawki mobilizuje zwiedzających do życzeniowego wrzucenia pieniążka z nadzieją na kolejną wizytę...


Chmiel można powąchać, jęczmień pokazuje nam całą historię rolnictwa poprzez różne maszyny, jak i proste narzędzia wykorzystywane przy żniwach, a drożdże okazują się tak cennym składnikiem, że na wystawie potrzebny był pancerny sejf.  Są prezentacje wideo, obszerne opisy, a gdy schodami udajemy się do multimedialnej galerii Artura, w wejściu wita nas hologram  i zaprasza do podejścia bliżej portretów: one zaczną wtedy opowiadać swoją historię.  Najwięcej kobiet od razu gromadzi się przy portrecie przystojnego kapitana ;-)

Na kolejnym piętrze szczegółowo przedstawiony jest proces warzenia piwa. Zobaczymy jak wygląda on współcześnie i jak wyglądało to kiedyś.




Gotowe piwo trzeba zapakować i przetransportować. Po odwiedzeniu wystawy poświęconej bednarstwu, nabiera się przekonania, że bednarz to zawód prawdziwych twardzieli.


Wiemy już jak Guinness powstaje - czas na "Taste experience"! Podobno prawie zawsze jest kolejka do tej części (ach, te wspaniale oświetlone drzwi!) i podobno prawie każdy upewnia się, czy to tutaj otrzymuje się  "complimentary pint of Guinness", która jest w cenie biletu. Otóż nie i dobrze, ponieważ do nauki prawidłowego picia Guinnessa otrzymujemy miniaturowe szklaneczki.


Zanim jednak będziemy mogli nauczyć się, jak je poprawnie wychylić, dowiemy się jakie zapachy możemy rozróżnić w Guinnessie i jakiego jest on koloru. Kto jest za czarnym? A kto za brązowym? Proszę Państwa, żadne z poprzednich: jest to bardzo ciemny rubinowy. Jeśli chodzi o poprawne picie, to najważniejsze by zapamiętać, że nie sączymy; żadne tam eleganckie, małe łyczki. I postawa zwycięzcy: plecy wyprostowane, głowa uniesiona - prawie jak w trakcie przemowy motywacyjnej ;-)


Rzut oka przez szybę na pracującą cześć browaru i krzątającym się po nim robotników i przechodzimy do mojej ulubionej części związanej z reklamą!

Możemy zobaczyć najstarszą reklamę Guinnessa opublikowaną w gazecie. Słowa, słowa, dużo słów  i żadnych obrazków ;-) Ale to tutaj pojawia się po raz pierwszy wielokrotnie powtarzany slogan: “Guinness is Good For You”. Możemy też obejrzeć szeroką kolekcję posterów z  bohaterami tworzonymi przez John Gilroy'a. Seria z pracownikiem zoo i jego niesfornymi zwierzętami budzi uśmiech.


 Kolejny kultowy slogan: ‘My Goodness, My Guinness’, a za nim: "Lovely Day for a Guinness" czy "Guinness Makes You Strong". To praca agencji reklamowej S. H. Benson, która była związana z firmą przez wiele lat. Patrząc na ilość firm, które obsługiwały markę, stwierdzam, że Guinnes był raczej wiernym klientem. Obecnie współpracuje z angielską agencją  Abbott Mead Vickers BBDO i najnowsze kampanie również można obejrzeć w mini-kinie. Ciekawa jest ścianka telewizyjna czyli porównanie jak przez lata zmieniały się kampanie reklamowe i podejście do marketingu:


Na zakończenie zwiedzania tej części można samodzielnie wystąpić w reklamie za pomocą ekspozycji "Gilroy poster":


Tak.. prawie jak oryginał: 


Rzut oka w dół i przychodzimy na kolejne piętro.  


Na czwartym piętrze główną atrakcją jest możliwość uzyskania certyfikatu w The Guinness Academy za nalanie idealnej pinty Guinnessa. Można również zostawić wiadomość na interaktywnej mapie społeczności.


A na piętrze piątym króluje jedzenie! Do wyboru mamy trzy bary/restauracje: tradycyjny irlandzki pub "Arthur's bar", resteurację Gilroy's z obsługą kelnerską i kuchnią insirowaną tradycją oraz nieformalną "The Brewer's Dining Hall", wzrowaną na stołówce, która kiedyś działała w browarze. Ceny są korzystne (w porównaiu do cen w centrum miasta) i oczywiście możemy spróbować szerokiej palety dań z dodatkiem Guinnessa. Trzy razy w ciągu dnia  (godzina 12, 13 i 14) można również skorzystać z degustacji wybranych elementów menu. A później pozbierać darmowe karty z przepisami ;)



Ukoronowaniem całej wyprawy jest "wdrapanie" się w końcu na sam szczyt i odpoczynek na siódmym piętrze w słynnym Gravity Bar. OK, nie będzie od razu tak prosto - najpierw walka o miejsce siedzące! Miejsce szczyci się piękną panoramą Dublina, a na dodatek można tutaj na podstawie biletu odebrać (jeśli się nie zrobiło tego przy nalewaniu perfekcyjnej pinty) przysługującą szklankę piwa - nic dziwnego, że jest tu zawsze pełno. Spora grupa ludzi zawsze tłoczy się wokół baru, w oczekiwaniu na wolne miejsca. 


My mieliśmy szczęście - akurat liczna grupa Włochów zbieała się do wyjścia. Najpierw we dwójkę zajęliśmy ławkę, ale szybko okazało się, że zmieści się na niej jeszcze inna dwójka, która zresztą miała jeszcze ze sobą towarzyszącą trójkę. Ta trójka wkrótce zobaczyła swoją inną znajomą dwójkę, która do nas dołączyła, anektując pobliski stolik, jedno krzesło  i większą część podłogi - więc nasza ławka w niczym nie wyróżniała się od innych ławek :) Powszechna atmosfera rozluźnienia, szczęśliwości i braterstwa wytwarza się w takiej przestrzeni mniej więcej w połowie pinty Guinnessa. Zostaliśmy trochę dłużej niż wstępnie planowaliśmy i polecamy każdemu taką wizytę! 


Barmani mają zawsze dużo pracy, ale podchodzą do niej ze stoickim spokojem :)


Idealna pinta Guinnessa:



****
Metryczka:
Guinness Storehouse, St James's Gate, Dublin 8
codziennie od 9.30 do 17:00
bilet dla osoby dorosłej: 16,5 euro, taniej o 10% w przypadku zakupu on-line (w cenie pinta Guinnessa)
czas zwiedzania: od 2 h do 3 h (+ czas w barze)
więcej informacji: www.guinness-storehouse.com 
_______________________________________


Tyle o największej atrakcji turystycznej Dublina :) Przejdźmy do przepisu na chleb. Robi się go ekspresowo! Jest ciemny, lekko słodki, doskonale pasuje do serów i wędzonych ryb. Klasyczna przystawka z jego wykorzystaniem to właśnie kanapka z irlandzkim łososiem, którą często można spotkac w menu irlandzkich pubów.



Irlandzki Chleb z Guinnessem 
       * przepis z Guinness Storehouse
       * na dwa małe bochenki lub jeden duży 

składniki: 
  • 600 g mąki pszennej razowej (użyłam: typ 2000)
  • 150 g mąki pszennej (użyłam: typ 550)
  • 75 g płatków owsianych 
  • 2,5 łyżeczki sody 
  • 1 łyżeczka soli 
  • 2,5 łyżeczki cukru 
  • 40 g masła
  • 480 ml mleka (użyłam 3,2 %)
  • 200 ml ciemnej melasy = black treacle 
  • pół pinty Guinnessa (Draught) - ok 280 ml 
wykonanie:

1. Rozgrzać piekarnik do 170 C, blaszki (blaszkę) wysmarować cienko tłuszczem. 
2. Wszystkie składniki suche wymieszać w dużej misce, dodać masło i połaczyć (mikserem lub zagniatając ręką).
3. Dodać mleko, melasę i piwo. Wymieszać (mikser - końcówki do zagniatania) dokładnie. Przełożyć do foremek i piec około 40 minut.








Przepis dodaję do akcji 


Zobacz także

2 komentarze

  1. uwielbiam irlandzki chleb! i w ogóle Irlandię... ale jak dobrze pójdzie to już niedługo odwiedzę tam znajomego i zazielenię się na całego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się zazieleniłam :) Koniecznie chcę tam jeszcze wrócić, tym razem bardziej na zachód. Trzymam kciuki za Twoją podróż ;)

      Usuń

(*)

Zdjęcia na blogu są mojego autorstwa - przed skopiowaniem musisz zapytać o zgodę (+ ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Należę do

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl Top Blogi

Popularne posty