Ruiny cerkwi grekokatolickiej w Kniaziach - śladami „Zimnej wojny” na Roztoczu

poniedziałek, czerwca 03, 2019


Tuż przed tegorocznymi Oskarami, gdy trzymaliśmy kciuki za polskiego kandydata: „Zimną wojnę” (z rewelacyjnymi Joanną Kulig i Tomaszem Kotem, w reżyserii Pawła  Pawlikowskiego), w lokalnych mediach pojawiło się kilka artykułów o lubelskim akcencie w tym filmie. Piękne zdjęcia w ruinach cerkwi, spinające opowiadaną historię klamrą, kręcono na Roztoczu, w małej miejscowości Kniazie. Przy pierwszej nadarzającej się okazji, jaką była majówka w Horyńcu, postanowiliśmy odwiedzić to ciekawe miejsce.


Dojazd na miejsce nie sprawiał problemów, przy skręcie z głównej drogi widniał nawet odpowiedni drogowskaz. Po przejechaniu kilku kilometrów, z czego ostatnie już drogą gruntową, zatrzymaliśmy się przy małym lesie, w głębi którego powinien być ukryty nasz cel podróży. I rzeczywiście, wśród soczyście zieleniących się majowych drzew, przebijały kamienne ruiny cerkwi grekokatolickiej pw. św. Paraskewii. 


Już mamy do nich ruszyć, ale zatrzymuje nas znak: „Teren prywatny” – nie do końca wiemy, czy dotyczy własności ruin czy terenów przed nimi, tym bardziej, że w niedalekiej odległości widnieje tablica z rysem historycznym, a obok nas zaparkowane jest jeszcze jedno auto, którego pasażerowie najwidoczniej szli tędy. Później doczytamy, że właściwe wejście na teren cerkiewny jest bardziej z prawej, przez stary cmentarz. Tą drogą wrócimy.


Tymczasem stoimy przed wspominaną tablicą, gdzie czytamy, że „Świątynia powstała w latach 1798-1806 z fundacji lubyckich kniaziów, potomków Wołochów Jakuba i Miczki (…) Budowlę okrągłą, jedni kopułową, na planie krzyża greckiego dla niemal 1000 osób zaprojektował architekt Szymon Tarnawski. Do uroczystego poświęcenia cerkwi doszło 14 X 1806 r.” Idziemy zobaczyć!


Wąską dróżką podchodzimy na niewielkie wzniesienie, a spośród zielonych gałęzi wyłaniają się pozostałości cerkwi. Mijamy rodzinę, która kończy zwiedzanie i wraca już do samochodu – zostajemy na miejscu sami. Jestem zaskoczona wielkością ruin, mimo, że przed chwilą czytałam przecież, że cerkiew mogła pomieścić aż 1000 osób. Może to całe otoczenie, pustka wokół nie licząc drzew i krzewów,  i ciągnących się za zrujnowaną dzwonnicą pól, sprawia, że ocalałe ściany (choć przecież już bez kopuły nakrywającej całość i z widocznymi uszczerbkami w kamieniu) wyglądają monumentalnie.


Podchodzimy do drewnianych drzwi. Prowadzą do nich nadkruszone, kamienne schodki, porośnięte mchem. Decydujemy się wejść do środka, ale z zachowaniem maksymalnej ostrożności. Zaraz na początku, po prawej widzimy schodki wiodące na już nie istniejący chór. Na podłodze – której przecież tak naprawdę nie ma - walają się fragmenty gruzu i cegły, pod murami rośnie trawa. To i tak dobrze – w internecie możecie zobaczyć, jak wyglądało to miejsce jeszcze kilka lat wstecz, gdy właściwie w całym wnętrzu rosły gęsto samosiejki.


Na wprost widzimy drewniane pozostałości ikonostasu, ale to podobno tylko filmowy rekwizyt. Nie widzimy za to niechlujnych bazgrołów i pożal-się-boże graffiti, które też oglądałam na wcześniejszych zdjęciach w internecie – zostały wyczyszczone właśnie przez ekipę „Zimnej Wojny”. 






Zatrzymujemy się na środku, pod już nieistniejącą kopułą, która została zniszczona podczas II wojny światowej w 1941 r. Nigdy nie została odbudowana. Nie miał się kto o to zatroszczyć – mieszańcy tych terenów, wierni kościoła grekokatolickiego,  zostali wysiedleni w ramach akcji „Wisła”, podobnie jak 140 tysięcy innych Ukraińców, Bojków, Dolinian i Łemków i mieszanych rodzin polsko-ukraińskich. 


Nie mająca komu służyć świątynia z wolna osuwała się w ruinę i dopiero ostatnie lata przyniosły pewną poprawę – dalej jednak mówimy o uporządkowaniu terenu, a nie o zabezpieczeniu. W różnych artykułach powtarzana jest jednak bezsilność lub też potrzeba wyjścia z inicjatywą właściciela, a jako taki wymieniany jest proboszcz pobliskiej parafii rzymskokatolickiej w Lubyczy Królewskiej. Dużo osób liczy, że właśnie „Zimna wojna”, rozgłos, jaki ruinom przyniósł ten film, będzie szansą na zmianę. Czy tak będzie – czas pokaże, ale właśnie on nie jest tutaj żadnym sprzymierzeńcem.


Po wyjściu ze środka cerkwi spacerujemy dookoła. Z każdej perspektywy zrujnowana cerkiew w Kniaziach robi wrażenie. Na pobliskiej dzwonnicy podobno jeszcze w latach 70tych był zachowany jeden z dzwonów. 


Jeszcze kilka zdjęć zza drzew i ruszamy startym, nieczynnym już cmentarzem do auta. Nagrobki toną w zielonej powodzi traw i ziół. Nie wszystkie stoją prosto, sporo chyli się do ziemi. Niektóre zatrzymują nasz wzrok i aparat na dłużej nietypowymi inskrypcjami lub rzeźbą.

Natomiast prawie wszystkie wykonane są z typowego dla tych terenów kamienia i prawdopodobnie pochodzą z warsztatów kamieniarskich w niedalekiej i nieistniejącej (wysiedlenia mieszkańców) już wsi: Stare Brusno. Zauważamy też pozostałości ogrodzenia. 




Wracamy na piaskową drogę. Widać z niej zabudowania po drugiej stronie więc decydujemy się podejść do nich. To niewielka osada: dwa lub trzy domostwa, z drewnianymi stodołami. Obok widać jeszcze jeden cmentarz, a przy nim postawiono tablicę z historią w trzech językach i zdjęciem brusnieńskich krzyży. Czytamy, że  „Do II WŚ żyło tutaj 2480 mieszkańców, w tym 2430 Ukraińców, 5 Polaków, 10 Żydów i 35 osób innej narodowości.”  Teraz świadkami tamtych czasów i tamtych ludzi są tylko stare drzewa i krzyże oraz zrujnowana cerkiew. Pozostawiam Was z pytaniem, jak długo jeszcze będą mogły świadczyć?


* * *
Informacje praktyczne:


  • Ruiny są nie zabezpieczone, jeśli zdecydujecie się wejść do środka należy zachować dalece posuniętą ostrożność 
  • Można zaparkować bezpośrednio przy drodze, z której prowadzi wejście na teren cerkiewny przez stary cmentarz
  • Latem warto zabrać płyn na komary, a zawsze: wygodne obuwie, najlepiej takie z zakrytymi palcami (łatwo się potknąć)

Jak dojechać? 


Zobacz także

9 komentarze

  1. Pamiętam jak byłam młodsza to strasznie mnie ciekawily takie miejsca i chcialam wszystkie je znalezc w mojej okolicy :-))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale świetne! skojarzyły mi się ruiny kościoła w Wariażu (po ukraińskiej stronie) - niestety były zamknięte na głucho :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Ooo ciekawe! Nie miałam pojęcia, że te ruiny znajdują się na Roztoczu. Dobrze, że filmowa ekipa oczyściła miejsce z graffiti (jak można niszczyć takie miejsca?!). Czy dużo filmowych turystów dociera w to miejsce właśnie za sprawą filmu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. my na pewno trafiliśmy tam dzięki filmowi i rozgłosowi w lokalnych mediach :) też nie rozumiem tego bezmyślnego mazania po ścianach :\

      Usuń
  4. Uwielbiam takie miejsca, mają swój urok i klimat :) na Mazurach jest sporo podobnych miejsc, co prawda nie weim co to są za miejsca ale chyba są to stare pałacyki, folwarki :) uwielbiam wracać w tamte miejsca :)
    Pięknie pokazałas ta cerkwie, bardzo mi się podoba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję za dobre słowo :) Mazury w większości są jeszcze przed nami, może kiedyś sprawdzimy tam podobne miejsca :)

      Usuń
  5. Ciekawe miejsce, nie miałam o nim pojęcia. Ma swój klimat :) szkoda, że te malowidła to tylko pozostałości po filmie, bo fajnie wyglądają ;)

    OdpowiedzUsuń

Bardzo mi miło, że poświęcasz swój czas na komentowanie mojego pisania ;-) dzięki! ;-)

(*)

Zdjęcia na blogu są mojego autorstwa - przed skopiowaniem musisz zapytać o zgodę (+ ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Należę do

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl Top Blogi

Popularne posty